Od dziecka, zarażona pasją mojego taty, trzymam aparat w rękach.
Zmieniał się on razem ze mną.
Zaczynałam od klasycznego Kodaka na baterie i film, który dostałam od dziadka na komunię. Potem tata wyciągnął swoje stare Zenity ręcznie nakręcane, bez lampy i mierniki światła i pamiętam jak biegałam po łąkach z czarno białą kliszą i szukałam kadrów. Kiedy dom szedł spać, tata wyciągał z pawlacza powiększalnik, odczynniki, kuwety i bunkrował się ze mną na noc w łazience. Uczył, pomagał, był ze mna w procesie wywoływania zdjęć z kliszy. Pamiętam do dziś to czerwone światło, powiększalnik stojący na bidecie a kuwety na pralce. Nawet umywalka grała rolę miejsca do płukania.


Po Zenitach miałam przerwę. To był czas jeszcze bez smartfonów, wchodziły pierwsze telefony komórkowe, które miały funkcję dzwonienia i pisania. Smsy były płatne, a jak się miało telefon na kartę bez abonamentu to dzwoniło się na sygnał. To był czas kiedy fotografia trochę zeszła na dalszy plan, czas w którym szukałam kim jestem, najczęściej jednak czerpiąc od innych, uciekając od siebie. Ale kiedy wyjechałam w trakcie studiów do pracy w Londynie to pojawiła się pierwsza wymarzona lustrzanka Canona!
Pojechałam z nią rok później do Knoxville na UT na wymianę studencką i tam pierwszy raz ktoś inny niż tata uczył mnie jak z niej korzystać. Z Monią biegałyśmy po różnych lokalizacjach, robiłyśmy zdjęcia na statywie, z długimi ekspozycjami, panoramy, nocne wariacje. Pierwsze cyfrowe obróbki i praca nad zdjęciami na zaliczenie. Z jednej strony czułam radość z tych zajęć a z drugiej duży lęk - obróbka cyfrowa otwierała wiele możliwości zmiany zdjęć, co pierwszy raz zwróciło mi uwagę na to, że nie mam swojego zdania. Że nie umiem w decyzje co mi się podoba, kiedy jest przesadzone, jaki klimat zdjęcia jest ten właściwy. Widzę z perspektywy czasu, że to się rozlewało na całe moje istnienie. Brakowało mi wiary w siebie. Fotografia analogowa zostawiała mnie z tym co wyszło, co się zmieściło na kliszy, co się rozmazało, z ziarnem, z prześwietleniami. Cyfrowy świat wniósł dużo możliwości, ale też dużo nowych miejsc do podejmowania decyzji. Decyzji o tym kim jestem, co pokazuję i o czym mówię. Jak jestem widziana. Przerażało mnie to i przeraża jeszcze czasami do dziś.
Odłożyłam aparat. Pojawiły się smartfony z coraz lepszymi obiektywami. Było to dla mnie wystarczające, mówiłam sobie że nie mam siły nosić non stop tego ciężkiego sprzętu. Moja wrażliwość i obserwacje pozostały w zdjęciach smartfonowych. Co jakiś czas sięgałam po analogi. Do dziś została mi już współcześnie wyprodukowana Sardynka, na kliszę, z efektem lomo, możliwością wielokrotnej ekspozycji, biała, mała i poręczna. Była faza na Instaxa, ale ten się rozpadł. Po trudnej dla mnie relacji zostałam z Polaroidem i do dziś razem z Sardynką są moimi ulubionymi analogowymi aparatami. I myślę, że właśnie dlatego, że zostawiają mnie ze zdjęciem takim jakie wyszło a nie z milionem możliwości edycji i decyzji, która edycja jest tą jedyną właściwą.
Po drodze było jeszcze Gopro - jak szukałam w sobie cool Zosi pływającej na Kite'cie :)


Dziś poza analogami wróciłam do Canona, tym razem bezlusterkowca, który jest mocnym zawodnikiem a jednocześnie lekkim i mniejszym niż lustrzanki z którymi kiedys biegałam. Największy w nim jest teleobiektyw, który pomaga mi 'podejść' bliżej do natury. Bo dziś najbardziej cieszą mnie zdjęcia w krzakach, gdzie siedzę sama w oczekiwaniu na ruch, na dobre ujęcie, światło i obserwuje co się dzieje dookoła. I już sama nie wiem czy to o fotografii czy o byciu tam, ze sobą i z tym co we mnie i w okół mnie.
Także ten, będzie tu trochę o mnie, trochę mnie, trochę tego co dookoła mnie, trochę co we mnie widoczne i ukryte, a do odkrycia.
Zo
PS. Zdjęcie okładkowe do tego wpisu (a jeśli się nie zmieniło, to wklejam je poniżej) zrobił mi tata, na balkonie u mojej cioci na Gocławiu. Analogiem. Wzrusza mnie ono do dziś. Widzę w nim siebie dzisiaj, zaciekawioną, zamyśloną, bez hałasu, bez większego towarzystwa, szczęśliwą sama ze sobą. Tak po prostu.
