Grochów to miejsce, w którym żyję od kilku lat. Całe swoje życie mieszkałam po lewej stronie Wisły i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mieszkać po 'tej drugiej'.

Ale przyszła dla mnie trudna końcówka 2018 i początek 2019, w której nastąpiły pierwsze duże zmiany w moim życiu. Zmiany, których się bałam - bo byłam nauczona, że to co nieznane przynosi tylko to co złe, powoduje ból i unikałam tego całe swoje życie.
Jedną z tych zmian była przeprowadzka na Grochów. Nie mogłam uwierzyć w to, że tracę swój dom, swoje miejsce które znałam od dziecięcych lat. Ku mojemu zaskoczeniu Grochów przywitał mnie czule, przywitał mnie zielenią, spokojem, miejscem na zwolnienie tempa życia.

Grochów zaprosił też do mojego życia Milo, który dołączył do mnie i Monte krótko po mojej przeprowadzce. I chwilę po Milo przyszło zwolnienie z korporacji (nikt mnie nigdy wcześniej nie zwolnił, sumienny pracownik, piątkowo-szóstkowa Zosia, pracująca po 12-14h dziennie). To zwolnienie było dla mnie szokiem i było bardzo trudne bo uderzyło w moje poczucie wartości. Ale Grochów mnie ukoił, dał przestrzeń na spacery, na odpoczynek, na ciszę i pustkę, która była mi potrzebna do złapania oddechu.
Potem była trudna relacja partnerska, która skończyła się tak nagle i intensywnie jak trwała. Do dziś pamiętam moment, kiedy wracałam z terapii, ostatniej mojej sesji. Szłam na piechotę, bo dzięki temu rozstaniu zauważyłam, że reguluje mnie spacer. Szłam przez most Poniatowskiego ze Śródmieścia na Grochów. Była pełnia. Wszystkie światła miasta dawały kolorową łunę / okrągłą tęczę, a ja odwróciłam się w stronę Śródmieścia i poczułam, że zamknął się pewien etap w moim życiu. Że ten spacer jest takim symbolicznym przejściem w inne miejsce, w inny świat, w inną Zosię. A Wisła stała się tą granicą i strażniczką. Stała się dla mnie symbolem przekraczania, klamrą do moich przeżytych 37lat bez uważności i odciętą od siebie.
Od tego momentu ją zauważałam i stała się ważnym elementem w moim codziennym funkcjonowaniu. Tym bardziej, że codziennie przejeżdżałam tramwajem na drugi brzeg do biura. I to przekraczanie jej stało się symbolem zostawiania pracy na 'tamtym brzegu' i wracania do domu bez niej na 'mój brzeg'.

Dwa lata temu na moim ulubionym festiwalu filmów dokumentalnych trafiłam na piękny dokument Petere'a Lom'a 'Jestem rzeką, a rzeka jest mną', w którym Maorysi opowiadają swoją historię związaną z rzeką mówiąc o niej jako o swoim przodku, niepodzielnej istocie duchowej. I jak podają swoje imię to zaczynają od nazwy rzeki, potem góry, a dopiero potem 'właściwe' imię, podkreślając w ten sposób skąd pochodzą i co jest połączone z ich duchem. Tak mocno to zagrało ze mną i moją relacją z Wisłą, że od tego momentu za każdym razem jak ją przekraczam to witam się jak z koleżanką. Mówię jej ciepło dzień dobry, rozglądam się za czaplami i sprawdzam czy kormorany suszą skrzydła na łasze piasku pod mostem Poniatowskiego. A jak wracam na swój brzeg to mówię jej 'Do jutra Wisło!'. I wiem, że już jestem u siebie.

Wisła jest mną, a ja jestem Wisłą.
Ściski!
Wisła Śnieżne Kotły Zosia :)
